Procurement News

Nowości i inspiracje z cyfryzacji zakupów i zamówień publicznych

Jak zwierzątka kupowały śrubki (4)


Przychodzi moment, gdy zarządzanie elementami złącznymi tak bardzo cię przytłacza, że masz wrażenie, iż na zebraniach robisz tylko jedno: odbijasz strzały kolegów — „na pewno zrealizowalibyśmy plan (i zgarnęli bonusy), gdyby nie bałagan w zakupach elementów złącznych. Kiedy mamy śrubki typu X od dostawcy A, brakuje nam śrubek od innego dostawcy. Złożyć cały projekt — świetnie, ale bez śrubek to guzik daje.”

Tak ładnie policzyliśmy zużycie z rysunków, tak ładnie poprosiliśmy o wyceny i wystawiliśmy do konkurencji każdą pozycję i każdego dostawcę — dokładnie do wymagań i dokładnie do planu. Pracują nad tym nasi najlepsi ludzie — a to wciąż nie działa. Nie wiem, gdzie tkwi problem; może koledzy po prostu wymyślają preteksty, żeby przykryć własne kłopoty.

Zatrudniliśmy studentów, by przeliczyli każdą przychodzącą dostawę elementów złącznych — skrupulatnie według typu i ilości — i wprowadzali to do systemu. Mrówcza robota, jak zbieranie porzeczek, ale wszyscy chcieli mieć pełną dokładność. Przynajmniej mieliśmy potem w systemie przegląd tego, czego nie mamy (a produkcja ciągle o ten przegląd prosiła) — tylko że dostawcy chcieli fakturować nawet to, czego nie dostarczyli.
Czekasz już tylko na dzień, gdy dyrektor wezwie cię na rozmowę o śrubkach i o tym, czemu — do licha — fabryka stoi przez taką błahostkę.

A przecież mamy oszczędności — i to udokumentowane. Wszystko przeliczyliśmy i potrafimy to udowodnić. Do tego doszła jedna specjalna pozycja, którą musieliśmy ściągnąć aż ze Szwecji.

Więc teraz: uspokoić się, wziąć głęboki oddech i zobaczyć, jak to rozwiążemy, zanim dyrektor zdecyduje, że na czele zakupów posadzi kogoś „bardziej ogarniętego”.

Najpierw chodźmy zobaczyć, jak z łącznikami radzą sobie sąsiedzi — nie ma co odkrywać koła na nowo. Okaże się, że to zadanie standardowe i nie ma potrzeby cierpieć z powodu śrubek na każdym posiedzeniu.

Potem, bez histerii, przedstawimy na zebraniu zarządu projekt — tak będziemy zarządzać elementami złącznymi (korzyści i ryzyka, harmonogram, kamienie milowe i zadania). Oczywiście projekt będzie miał oponentów — a czemu tak, a czemu inaczej, i „po wojnie robiliśmy to po swojemu i działało, w przeciwieństwie do dziś”. Bywa.

A potem — święta prostoto — ogłosimy przetarg na elementy złączne: najpewniej na wszystkie typy, których używamy, wystawimy do konkurencji pełne roczne zużycie i poszukamy jednego dostawcy. Najlepiej przez e-aukcję; to daje nam jeszcze jedną ważną rzecz: dostawcę idealnego. Resztę znacie: z wygranym porozmawiamy po ludzku, po partnersku — ale przede wszystkim będziemy wymagać, by dostarczał, i to stabilnie. Niech dosypuje śrubki prosto do małych kubełków na linii, w miejscu użycia, i pilnuje dolnego limitu (coś w rodzaju kanbanu). I tyle.

A jak to będziemy kontrolować? Prosto. Zużycie znamy i potrafimy robić ważenia kontrolne (o ile się nie kradnie — a nie powinno). To naprawdę takie proste. Co macie dalej?

PS: I nie zapominajmy pochwalić się na zebraniu, jak ładnie to ogarnęliśmy — zgodnie z zasadą: KOMUNIKUJ KAŻDĄ POPRAWĘ!

Martin Wiederman

Martin Wiederman

Były kupiec i menedżer, który spędził dziesiątki lat w zakupach w firmach takich jak Magneton Kroměříž, ŽDB Viadrus, Vítkovice czy Legios. Dziś nie goni już za przetargami ani tabelkami, ale może sobie pozwolić na luksus: patrzeć na zakupy z dystansem, ironią i humorem.

Dziś pisze swoje „baśnie zakupowe” – felietony ze świata zakupów i zarządzania, gdzie spotykają się praktyka, historia, zdrowy rozsądek i czasem lekko absurdalna rzeczywistość. Ma już na koncie ponad dwadzieścia takich historii i wciąż powstają nowe.

Zarządzanie procesami, operacyjny management i zakupy jako przemyślany proces to jego życiowy temat. W swoich baśniach przedstawia je tak, aby odnaleźli się w nich kupcy, dostawcy i wszyscy inni, którzy choć raz doświadczyli „magii” korporacyjnej rzeczywistości.