
Honzík został szefem zakupów — i co dalej? (5)
Lubię to studium przypadku. Proszę studentów, by opisali, jak przejęliby i poprowadzili proces zakupowy w firmie. Odpowiedzi bywają czasem blade, czasem ciekawe — a ja mam z tego…
Przychodzi moment, gdy zarządzanie elementami złącznymi tak bardzo cię przytłacza, że masz wrażenie, iż na zebraniach robisz tylko jedno: odbijasz strzały kolegów — „na pewno zrealizowalibyśmy plan (i zgarnęli bonusy), gdyby nie bałagan w zakupach elementów złącznych. Kiedy mamy śrubki typu X od dostawcy A, brakuje nam śrubek od innego dostawcy. Złożyć cały projekt — świetnie, ale bez śrubek to guzik daje.”
Tak ładnie policzyliśmy zużycie z rysunków, tak ładnie poprosiliśmy o wyceny i wystawiliśmy do konkurencji każdą pozycję i każdego dostawcę — dokładnie do wymagań i dokładnie do planu. Pracują nad tym nasi najlepsi ludzie — a to wciąż nie działa. Nie wiem, gdzie tkwi problem; może koledzy po prostu wymyślają preteksty, żeby przykryć własne kłopoty.
Zatrudniliśmy studentów, by przeliczyli każdą przychodzącą dostawę elementów złącznych — skrupulatnie według typu i ilości — i wprowadzali to do systemu. Mrówcza robota, jak zbieranie porzeczek, ale wszyscy chcieli mieć pełną dokładność. Przynajmniej mieliśmy potem w systemie przegląd tego, czego nie mamy (a produkcja ciągle o ten przegląd prosiła) — tylko że dostawcy chcieli fakturować nawet to, czego nie dostarczyli.
Czekasz już tylko na dzień, gdy dyrektor wezwie cię na rozmowę o śrubkach i o tym, czemu — do licha — fabryka stoi przez taką błahostkę.
A przecież mamy oszczędności — i to udokumentowane. Wszystko przeliczyliśmy i potrafimy to udowodnić. Do tego doszła jedna specjalna pozycja, którą musieliśmy ściągnąć aż ze Szwecji.
Więc teraz: uspokoić się, wziąć głęboki oddech i zobaczyć, jak to rozwiążemy, zanim dyrektor zdecyduje, że na czele zakupów posadzi kogoś „bardziej ogarniętego”.
Najpierw chodźmy zobaczyć, jak z łącznikami radzą sobie sąsiedzi — nie ma co odkrywać koła na nowo. Okaże się, że to zadanie standardowe i nie ma potrzeby cierpieć z powodu śrubek na każdym posiedzeniu.
Potem, bez histerii, przedstawimy na zebraniu zarządu projekt — tak będziemy zarządzać elementami złącznymi (korzyści i ryzyka, harmonogram, kamienie milowe i zadania). Oczywiście projekt będzie miał oponentów — a czemu tak, a czemu inaczej, i „po wojnie robiliśmy to po swojemu i działało, w przeciwieństwie do dziś”. Bywa.
A potem — święta prostoto — ogłosimy przetarg na elementy złączne: najpewniej na wszystkie typy, których używamy, wystawimy do konkurencji pełne roczne zużycie i poszukamy jednego dostawcy. Najlepiej przez e-aukcję; to daje nam jeszcze jedną ważną rzecz: dostawcę idealnego. Resztę znacie: z wygranym porozmawiamy po ludzku, po partnersku — ale przede wszystkim będziemy wymagać, by dostarczał, i to stabilnie. Niech dosypuje śrubki prosto do małych kubełków na linii, w miejscu użycia, i pilnuje dolnego limitu (coś w rodzaju kanbanu). I tyle.
A jak to będziemy kontrolować? Prosto. Zużycie znamy i potrafimy robić ważenia kontrolne (o ile się nie kradnie — a nie powinno). To naprawdę takie proste. Co macie dalej?
PS: I nie zapominajmy pochwalić się na zebraniu, jak ładnie to ogarnęliśmy — zgodnie z zasadą: KOMUNIKUJ KAŻDĄ POPRAWĘ!

Lubię to studium przypadku. Proszę studentów, by opisali, jak przejęliby i poprowadzili proces zakupowy w firmie. Odpowiedzi bywają czasem blade, czasem ciekawe — a ja mam z tego…

Motto: „Procurement to nie tylko oszczędności.” — Jan Hirsch Honzík popędził do szefa z najnowszym triumfem. Udało mu się wynegocjować 20% rabatu u dostawcy szlifierek — a do…

Ta pani, która pstryknęła do aparatu – „Zabroniłabym im wszystkich internetu” – stała się prawdziwym memem, wręcz ikoną. Ikoną czego właściwie? Starszym przypomniało to bunty tkaczy w Lyonie…