Procurement News

Nowości i inspiracje z cyfryzacji zakupów i zamówień publicznych

Kiedy kontrolka się świeci, a my wciąż wciskamy gaz


Wypalenie rzadko przychodzi przy akompaniamencie dramatycznej muzyki w tle. Zwykle nie zaczyna się od załamania, wypowiedzenia położonego na biurku ani od słów „już nie mogę”. Zaczyna się znacznie mniej zauważalnie.

Rano nie chce ci się wstawać. Wieczorem nie potrafisz się wyłączyć. Weekend nie pomaga. Urlop się kończy, a ty masz wrażenie, że po nim potrzebujesz jeszcze jednego urlopu — tym razem bez ludzi, telefonu, a najlepiej również bez własnych myśli.

I tak jedziesz dalej.

Bo jest termin. Bo brakuje kolegi. Bo trzeba dokończyć postępowanie przetargowe, dopilnować budżetu, zamknąć umowę, obdzwonić dostawców, przygotować materiały dla zarządu i rozwiązać kolejnych osiem spraw, które w tajemniczy sposób z dnia na dzień stały się pilne.

Kontrolka się świeci. Silnik wydaje dziwne dźwięki. Ale kalendarz jest pełny, więc przecież nie możemy się zatrzymać.


Wypalenie to nie tylko zły tydzień

Każdy bywa czasem zmęczony. Każdy ma okresy, kiedy praca nie sprawia przyjemności, ludzie działają na nerwy, a e-mail z tematem „krótkie pytanie” wywołuje ochotę na emigrację.

Samo w sobie nie musi to jeszcze oznaczać wypalenia.

Różnica polega zazwyczaj na tym, że zwykłe zmęczenie ustępuje po odpoczynku. Wysypiasz się, wyłączasz, spędzasz czas z ludźmi, którzy nie oczekują od ciebie kolejnego arkusza, i energia zaczyna wracać.

Przy długotrwałym wyczerpaniu coś się jednak zmienia. Człowiek odpoczywa, ale się nie regeneruje. Śpi, ale nie budzi się wypoczęty. Wyjeżdża, ale jego głowa zostaje w biurze i nadal analizuje, kto czego nie wysłał, kto z czym nie zdąży i co zepsuje się w poniedziałek o ósmej trzydzieści.

I właśnie to jest sygnał ostrzegawczy.

Nie to, że jesteśmy zmęczeni. Ale to, że zmęczenie przestaje reagować na zwykłe sposoby regeneracji.


„Chciałbym, ale już nie mogę”

Wypalenie często mylone jest z lenistwem, brakiem zainteresowania albo utratą ambicji.

Ale to zbyt wygodne wyjaśnienie.

Osoba doświadczająca wypalenia często nie chce pracować mniej dlatego, że przestało jej zależeć na wyniku. Wręcz przeciwnie. Nierzadko zależy jej aż za bardzo. Chce osiągać wyniki, chce być niezawodna, nie chce zawieść zespołu ani przełożonych. Tyle że system nie ma już z czego czerpać.

To zasadnicza różnica:

Nie „nie chcę”.

Ale „chciałbym, tylko po prostu już nie mogę”.

I właśnie tutaj często rozpoczyna się kolejna runda presji. Człowiek zauważa, że nie osiąga już takich samych wyników, i zamiast się zatrzymać, jeszcze przyspiesza. Zaczyna pracować dłużej, więcej kontrolować, mniej delegować i nadrabiać brak energii siłą woli.

Co jest mniej więcej tak samo rozsądne jak próba rozwiązania problemu pustego baku poprzez mocniejsze wciśnięcie gazu.


Kiedy wyjątek staje się trybem pracy

Przeciążenie nie musi pojawić się dramatycznie. Często zaczyna się jako sytuacja tymczasowa.

Ktoś odchodzi. Pojawia się reorganizacja. Projekt się opóźnia. Obowiązki zostają rozdzielone między ludzi, którzy już wcześniej mieli wystarczająco dużo pracy. Wszyscy mówią sobie, że to tylko na chwilę.

Tyle że „na chwilę” ma w środowisku pracy niezwykłą zdolność przetrwania kilku kwartałów.

Nagle człowiek zarządza zespołem, zajmuje się bieżącymi sprawami, odpowiada za wyniki, a wieczorem w domu ponownie otwiera komputer, ponieważ w ciągu dnia nie było czasu na właściwą pracę. Dwanaście godzin dziennie zaczyna wyglądać normalnie. Piętnaście godzin nie jest już wyjątkiem — to po prostu gorszy wtorek.

A ponieważ wyniki wciąż jakoś się utrzymują, otoczenie może niczego nie zauważyć.

Na tym właśnie polega podstępność wypalenia. Przez długi czas może wyglądać jak godna podziwu wydajność.

Człowiek funkcjonuje. Dostarcza wyniki. Reaguje. Daje sobie radę.

Tylko płaci za to coraz wyższą cenę.


Ciało bywa mniej dyplomatyczne niż management

Umysł potrafi długo negocjować.

Jeszcze ten miesiąc. Jeszcze ten projekt. Jeszcze zamknięcie okresu. Jeszcze to spotkanie. Jeszcze ten przetarg. Dokończymy to i wtedy odpocznę.

Ciało komunikuje się znacznie bardziej bezpośrednio.

Bezsenność. Napięcie. Bóle głowy. Zmęczenie. Gorączka. Kołatanie serca. Problemy z koncentracją. Drażliwość. Wrażenie, że mózg pracuje nawet wtedy, kiedy już dawno powinien się wyłączyć.

Nagle nie pomaga kąpiel, weekend ani osiem godzin w łóżku, ponieważ głowa pracuje na nocnej zmianie.

I czasami pojawia się dziwny, ale bardzo wymowny moment: choroba daje człowiekowi alibi.

Wreszcie może sobie pozwolić na odpoczynek.

Nie dlatego, że go zaplanował. Ale dlatego, że nie ma już innego wyjścia.

To dość smutny system zatwierdzania czasu wolnego.


Praca jako wymiana czasu życia

Na pewnym etapie obok zmęczenia pojawia się jeszcze jedno pytanie:

Dlaczego właściwie robię to, co robię?

Nie chodzi o kaprys ani o kryzys motywacji po kiepskim poniedziałku. Chodzi o pęknięcie między wysiłkiem a poczuciem sensu.

Praca jest wymianą czasu naszego życia na pieniądze. Brzmi to brutalnie, ale jest precyzyjne. A w chwili, gdy człowiek przestaje rozumieć sens tego, na co wymienia swój czas, ta transakcja zaczyna być boleśnie kosztowna.

Wypłata wpływa. Zadania są realizowane. Wyniki być może nadal wyglądają dobrze.

Tylko człowiek stopniowo przestaje być w tym wszystkim naprawdę obecny.

Chodzi do pracy, reaguje profesjonalnie, prowadzi spotkania, podejmuje decyzje, ale wewnętrznie jest odłączony. Kompetencje pozostały. Energia i więź z tym, co robi — nie.

Wygląda to tak, jakby wszystko działało.

I właśnie dlatego tak łatwo to przeoczyć.


Perfekcjonizm: garnitur, który świetnie wygląda, ale trudno w nim oddychać

Wypalenie nie zawsze jest wyłącznie wynikiem złego środowiska lub przeciążonej organizacji.

Czasami człowiek część presji nosi ze sobą.

Perfekcjonizm, potrzeba kontrolowania wszystkiego, trudności z delegowaniem, poczucie odpowiedzialności za każdy błąd i wewnętrzne przekonanie, że na odpoczynek trzeba sobie zasłużyć.

To bardzo wydajne silniki.

Niestety same nie potrafią hamować.

Perfekcjonista często nie czeka, aż ktoś zażąda od niego maksimum. Sam sobie je narzuca. Dodaje kolejną kontrolę, kolejną weryfikację, kolejny wieczór spędzony nad zadaniem, które już dwie godziny wcześniej było wystarczająco dobre.

A kiedy coś się nie uda, nie mówi sobie: system jest przeciążony.

Mówi: powinienem był poradzić sobie lepiej.

Nie chcę przez to powiedzieć, że człowiek „sam jest sobie winien” wypalenia. Byłoby to zbyt proste i niesprawiedliwe. Warunki pracy, kultura organizacyjna, sposób zarządzania, zakres obowiązków i długotrwały stres odgrywają ogromną rolę.

Jednak bez rozpoznania własnych schematów człowiek może zmienić firmę, stanowisko i szefa — a po pewnym czasie ponownie zbudować dokładnie ten sam problem w nowym środowisku.

Nowe biuro. Stary tryb.


Procurement potrafi zrobić z ludzi strażaków

Zakupy i zamówienia publiczne mają kilka bardzo praktycznych składników sprzyjających wyczerpaniu.

Terminy, których nie można przesunąć. Klienci wewnętrzni, którzy dokładnie wiedzą, czego chcą — zwłaszcza dwa dni przed terminem. Dostawcy, którzy wysyłają dokument minutę przed upływem terminu. Awarie, reklamacje, budżety, audyty, zmiany specyfikacji i odpowiedzialność za sprawy, na które dział zakupów często nie ma pełnego wpływu.

Do tego dochodzi presja na oszczędności, szybkość, transparentność, zero błędów, a najlepiej jeszcze innowacje.

W rezultacie powstaje specyficzny zawód, w którym człowiek oczekuje nieoczekiwanego, planuje nieplanowalne i uznaje za normalną sytuację, w której trzy kryzysy spotykają się w jednym tygodniu.

Krótkoterminowo można sobie z tym poradzić.

W dłuższej perspektywie odporność może jednak zmienić się w nawyk ignorowania własnych granic.

A to nie jest odporność.

To po prostu dobrze zorganizowane ignorowanie problemu.


Wypalenie nie zostaje grzecznie w biurze

Praca, która przez długi czas wysysa z człowieka energię, zazwyczaj respektuje godziny pracy mniej więcej tak samo jak niektóre spotkania respektują harmonogram.

Nie zostaje w biurze.

Przenosi się do domu, do relacji, na weekendy, do snu i do zdolności czerpania zwykłej radości z życia.

Człowiek jest fizycznie obecny, ale mentalnie wciąż zajmuje się pracą. Partner coś opowiada, dzieci czegoś potrzebują, znajomi planują wycieczkę — a głowa w tym czasie przelicza zasoby, terminy albo analizuje problem z dostawcą.

Stopniowo znika lekkość.

A otoczenie często zauważa to wcześniej niż sam zainteresowany.

Zmiany nie da się jednak wymusić siłą. Partner, kolega lub szef może zwracać uwagę, pytać, oferować pomoc. Nie może jednak podjąć za kogoś decyzji, że tak dalej być nie może.

Człowiek musi sam to przed sobą przyznać.

A to czasami bywa najtrudniejszą częścią.


Delegowanie nie oznacza utraty kontroli

Jednym z ważnych punktów zwrotnych może być zmiana sposobu zarządzania ludźmi.

Mniej kontroli. Więcej zaufania. Prawdziwe delegowanie, a nie wariant „zrób to po swojemu, ale dokładnie tak, jak ja bym to zrobił”.

Kiedy człowiek przestaje trzymać w swoich rękach każdą decyzję, każdą informację i każde drobne zadanie, zazwyczaj nie dochodzi do katastrofy.

Wręcz przeciwnie.

Zespół zaczyna przejmować większą odpowiedzialność. Ludzie bardziej się angażują. Atmosfera się rozluźnia. A menedżer stopniowo odkrywa, że jego obecność nie jest konieczna przy każdym przecinku, zatwierdzeniu i e-mailu.

Dla perfekcjonisty może to być niemal niepokojące.

Wszystko działa również bez niego.

Ale właśnie to jest oznaką zdrowego zespołu, a nie zawodowej porażki.

Dobry menedżer to nie ten, bez którego wszystko się zatrzymuje.

To nie lider. To ludzkie wąskie gardło procesu.


Zmiana pracy może nie wystarczyć

Kiedy człowiek jest wyczerpany, odejście często wydaje się oczywistym rozwiązaniem.

I czasami rzeczywiście nim jest.

Jednak sama zmiana środowiska nie musi zmienić sposobu, w jaki człowiek pracuje, bierze na siebie odpowiedzialność i gospodaruje własną energią.

Może odejść z przeciążonego stanowiska do spokojniejszej pracy i odkryć, że znowu brakuje mu tempa, odpowiedzialności albo poczucia sensu. Potem pojawia się kolejne stanowisko menedżerskie, nowy początek, a stare nawyki niepostrzeżenie wracają.

Ta sama potrzeba kontroli. Ta sama potrzeba udowadniania swojej skuteczności. Ten sam problem z powiedzeniem „nie”.

Dlatego prawdziwa zmiana składa się z dwóch części.

Zewnętrznej: warunki pracy, zakres obowiązków, zasoby, rola, zarządzanie.

Wewnętrznej: granice, oczekiwania, perfekcjonizm, potrzeba kontroli i własna definicja sukcesu.

Bez jednej lub drugiej problem może łatwo wrócić w nowym opakowaniu.


Pięć sygnałów, że być może nie chodzi już tylko o zmęczenie

Odpoczynek nie pomaga. Weekend, sen ani urlop nie przynoszą prawdziwej regeneracji.

Głowa nie potrafi się wyłączyć. Praca trwa w myślach jeszcze długo po zakończeniu dnia pracy.

Tracisz poczucie sensu. Nie chodzi już tylko o to, że masz za dużo pracy. Przestajesz rozumieć, dlaczego właściwie ją wykonujesz.

Utrzymujesz wydajność siłą woli. Nadal funkcjonujesz, ale kosztuje cię to coraz więcej energii, a każde kolejne zadanie wydaje się trudniejsze.

Praca wypiera resztę życia. Znikają relacje, odpoczynek, zainteresowania i zdolność do prawdziwej obecności poza pracą.

Jeden sygnał sam w sobie nie musi jeszcze o niczym świadczyć. Długotrwałe występowanie kilku z nich jednocześnie zasługuje już na uwagę.

A jeśli taki stan się utrzymuje, pogarsza lub znacząco wpływa na zdrowie i codzienne funkcjonowanie, nie ma nic wstydliwego w zwróceniu się do lekarza, psychologa lub psychoterapeuty.

Bardziej wstydliwe jest udawanie, że kontrolka się nie świeci, ponieważ mamy ważny meeting.


Zatrzymanie się nie oznacza poddania się

Wypalenie nie jest dowodem słabości.

Często dotyka właśnie ludzi odpowiedzialnych, wydajnych, niezawodnych i takich, którzy przez długi czas potrafią udźwignąć więcej niż inni. Ale zdolność do długotrwałego znoszenia przeciążenia nie oznacza, że przeciążenie jest zdrowe.

Prawdziwy przełom następuje wtedy, gdy człowiek przestaje traktować odpoczynek jako nagrodę za skończoną pracę.

Bo praca nigdy nie będzie całkowicie skończona.

Zawsze pojawi się kolejny termin, kolejne wymaganie, kolejne postępowanie, kolejny dostawca, kolejny arkusz i kolejna osoba, która potrzebuje odpowiedzi „najlepiej jeszcze dzisiaj”.

Kto czeka, aż wszystko zostanie skończone, żeby móc odpocząć, czeka na wydarzenie podobne do całkowitego zaćmienia Słońca. Teoretycznie istnieje. W praktyce nie da się na tej podstawie planować zwykłego tygodnia.

Czasami trzeba zwolnić. Delegować. Powiedzieć „nie”. Przemyśleć swoją rolę. Zmienić środowisko. Poszukać pomocy. Albo przyznać przed sobą, że praca, która kiedyś miała sens, już go nie ma.

To nie jest porażka.

Porażką jest ignorowanie wszystkich sygnałów tak długo, aż ciało podejmie decyzję za nas.

Kontrolka nie jest wrogiem. To ostatnie uprzejme ostrzeżenie, zanim cały system zdecyduje się przestać współpracować.

A wtedy nie pomoże już nawet arkusz Excela z planem działania.

Jan Jedlička

Jan Jedlička

Zwinny obserwator przyszłości systemów informatycznych i trendów w zamówieniach publicznych, z pasją przekazujący magię zbiorowej wiedzy za pomocą praktycznych wskazówek i trików. Jego misją jest przełamywanie bariery strachu przy wdrażaniu innowacji i narzędzi elektronicznych w procesach zakupowych w sektorze prywatnym i publicznym. Czerpie przyjemność z wyobrażania sobie wizji sukcesu, a następnie nadzorowania jej realizacji. Obecnie pracuje jako konsultant ds. digitalizacji i usprawniania procesów wewnętrznych w PROEBIZ oraz bierze udział w rozwoju projektu eProcurement.TV.